Najczęściej zadawane pytania
Zastrzeżenia prawne
Wskazówki dla użytkowników
Start Kontakt Mapa serwisu
1 proc. podatku dla OPP

KRS 0000148854

Federacja Inicjatyw Oświatowych ma status
organizacji pożytku publicznego (OPP).
Pomóż nam ratować i wspierać
małe wiejskie szkoły -
przekaż FIO 1 procent podatku.

Należymy do:

Forum Aktywizacji Obszarów Wiejskich Federacja Organizacji Służebnych MAZOWIA Ogólnopolska Federacja Organizacji Pozarządowych

 

Żegnaj szkoło

Przekrój, nr 35, 08.2006. Autor: Krzysztof Szczepaniak

Dziecko można dobrze wyedukować bez posyłania go do szkoły. Zwolennicy takiej koncepcji edukacji mówią, że kto jak kto, ale Roman Giertych powinien ich zrozumieć.
Przekrój - zrzut ekranu
 

Jeszcze ten rok szkolny będzie taki jak zwykle. Ale już w przyszłym nauka w szkole może wyglądać zupełnie inaczej. Uczniowie będą chodzić w jednolitych mundurkach z tarczami na ramionach. O bitwie pod Grunwaldem będą słuchać raz na lekcjach historii Polski, drugi – na zajęciach z historii powszechnej, bo Ministerstwo Edukacji Narodowej przymierza się do rozdzielenia historii na dwa przedmioty. Obowiązkowo, i to niezależnie od narodowości, dzieci będą musiały uczęszczać na lekcje patriotyzmu. Oprócz wychowania patriotycznego do średniej ocen wliczana też będzie religia, a osoby, które ją zbojkotują (bo na przykład szkoła nie będzie mogła znaleźć nauczyciela etyki), nie dostaną promocji do następnej klasy. Jak wieść niesie, w szkołach mogą się pojawić kaplice.

Na szczęście już dziś można się uchronić przed "szkołą przyszłości", którą w swoim gabinecie wymyśla minister edukacji.

 

Nauka w domu nie dla leniwych

– Przez całe stulecia ludzie nie chodzili do szkół i trudno powiedzieć, by świat jakoś gorzej się rozwijał – mówi doktor Marek Budajczak, jeden z założycieli Stowarzyszenia Edukacji Domowej, ojciec 20-letniej Emilii i 19-letniego Pawła, którzy naukę w domu rozpoczęli odpowiednio po drugiej i po pierwszej klasie szkoły podstawowej. – Jako inspirator "zbrodni na własnych dzieciach", jak określali mnie funkcjonariusze oświaty, czytałem wcześniej o bujnej aktywności homeschoolersów w krajach anglosaskich, wiedziałem o prawnej możliwości realizowania podobnych przedsięwzięć w naszym kraju, wreszcie od lat pracowałem nad optymalizacją programów nauczania. Postanowiliśmy więc wraz z żoną taką formę nauczania zaproponować naszym dzieciom, a one wyraziły zgodę – mówi Marek Budajczak, zawodowy pedagog, pracownik Zakładu Socjologii Edukacji na Wydziale Studiów Edukacyjnych Uniwersytetu imienia Adama Mickiewicza.

Nasza ustawa o systemie oświaty mówi, że na wniosek rodziców dyrektor szkoły publicznej może zezwolić na spełnianie przez dziecko obowiązku szkolnego poza szkołą. Dyrektor często jednak nie zezwala, bo boi się zarzutu, że nie potrafi wyegzekwować obowiązku szkolnego. A jeśli zezwala, to woli sprawy nie rozgłaszać. Dlatego trudno powiedzieć, ilu pionierów homeschoolingu działa dziś w Polsce. Na pewno wiadomo o 20–30 osobach. W USA według różnych szacunków z nauczania domowego korzysta od 850 tysięcy do 2,5 miliona uczniów.

Edukacja domowa nie jest jednak dla rodziców prostym zajęciem – wymaga czasu, ogromnego zaangażowania i pieniędzy. – Naukę planujemy z żoną każdego dnia wieczorem. Siedzimy z dziećmi na kanapie, omawiamy poszczególne tematy i planujemy zadania na następny dzień. Gdy jesteśmy w pracy, dzieci w domu czytają albo wykonują ćwiczenia. Po przyjściu sprawdzamy je i ewentualnie wyjaśniamy zagadnienia, które były niezrozumiałe – opowiada Jacek Poreda, nauczyciel historii, który wraz z żoną, też nauczycielką, zdecydował się edukować w domu najpierw Esterę, a potem Eunikę. Poredowie nigdy nie określają, ile dokładnie dziecko ma mieć czasu na zrozumienie poszczególnych części materiału. Wykorzystują różne łamigłówki czy zwykły kalendarz ścienny, na którym każdego dnia znajdują się inne zadania z języka angielskiego. Czasami jednak na realizację programu potrzebne są pieniądze – na przykład po to, by wynająć korty do nauki gry w tenisa w ramach lekcji WF.

Zdaniem domowych edukatorów ważne jest, by dziecko miało wrażenie, że wiedzę zdobywa mimochodem. Nie powinno też czuć, że jego nauka podzielona jest na sztywne bloki czy etapy. – Dla kilkuletniego dziecka nie ma znaczenia, czy powiemy "to jest łyżka", czy "to jest obraz pod tytułem »Mona Liza« i namalował go Leonardo da Vinci". Dziecko potrafi zrozumieć każdą informację, jeśli rodzic przedstawia ją z entuzjazmem – twierdzi Bożena Bejnar-Sławow, terapeutka neurologiczna mieszkająca w Filadelfii.

– Można wykorzystywać każdą szansę, by zwrócić uwagę dziecka na różne zjawiska. Tęcza po deszczu to okazja do rozważań na temat światła i impuls do eksperymentów z pryzmatem, okularami czy cieniem – mówi Marek Budajczak. Co jednak zrobić, jeśli rodzic nie czuje się na siłach, by pewne zagadnienia dziecku wyjaśnić? Na Zachodzie pomocą służą stowarzyszenia rodziców (na przykład w Anglii Edukacja Inaczej) liczące nawet po kilka tysięcy osób. Ich członkowie wzajemnie sobie pomagają. Uczą dzieci przedmiotów, które odpowiadają ich specjalizacji zawodowej. Podobnie dzieje się w Polsce, tyle że u nas homeschooling nie jest na razie zbyt popularny, więc dużo trudniej znaleźć chętnych do pomocy.

Nauczanie domowe to jednak tylko jeden ze sposobów ucieczki od szkoły zarządzanej przez państwo.

 

Bez biurokracji i ideologii

Najpowszechniejszą w Polsce alternatywą dla szkoły publicznej są szkoły prywatne i społeczne. – Mają większą autonomię na przykład w kreowaniu siatki zajęć. Teoretycznie więc w szkole niepublicznej mogłoby być mniej lekcji wychowania patriotycznego. Ważne, by realizowała podstawy programowe – mówi Krystyna Starczewska, założycielka Koalicji na rzecz Edukacji Narodowej skupiającej grupę ekspertów od edukacji przeciwnych pomysłom ministra Romana Giertycha.

Nauka w szkołach niepublicznych wiąże się z płaceniem czesnego, ale w opłaty często wliczane są zajęcia dodatkowe (taniec, śpiew, basen). W szkole państwowej zazwyczaj za takie zajęcia płaci się osobno.

Wśród szkół niepublicznych są też szkoły bezpłatne – tak zwane małe szkoły tworzone przeważnie na wsiach przez stowarzyszenia rodziców. – Małe szkoły powstają zazwyczaj dopiero wtedy, gdy szkole publicznej grozi likwidacja – mówi Alina Kozińska-Bałdyga z Federacji Inicjatyw Oświatowych. Ale założenie małej szkoły jest grą o tyle wartą świeczki, że to właśnie rodzice, a nie upolitycznione często samorządy decydują o wyborze dyrektora, a więc pośrednio mają wpływ na dobór nauczycieli i program nauczania. Każda rzecz, jaką kupują do szkoły (na przykład komputery), jest własnością stowarzyszenia rodziców, a nie gminy. Klasy liczą od kilku do kilkunastu osób, nauczyciele mają zatem więcej czasu dla każdego ucznia.

Od tradycyjnej szkoły można też uciec, zapisując dziecko do którejś z działających w Polsce placówek prowadzonych według zachodniego systemu nauczania. Nie podlegają one polskiemu nadzorowi pedagogicznemu. – W naszej szkole nie ma religii. No bo jaka miałaby to być religia? – mówi jeden z pracowników American School of Warsaw. Barierą są tu jednak niebotyczne ceny. Rok nauki w prestiżowym liceum przy ambasadzie amerykańskiej kosztuje ponad 20 tysięcy dolarów (60 tysięcy złotych).

Inną ciekawą formą edukacji, lecz wciąż niedostępną w Polsce, są szkoły internetowe oraz prywatne, prowadzone w mieszkaniach, a nie w budynkach szkolnych. Pierwsze pozwalają się uczyć dzieciom, które często podróżują z rodzicami, drugie umożliwiają prowadzenie nauczania dla grup dzieci znajomych bez konieczności inwestowania pieniędzy w budynek. Na Zachodzie takie instytucje już powstają.

– W Stanach istnieje szkoła internetowa dla młodzieży, w której uczniowie przez cały tydzień uczą się przez Internet, a spotykają się tylko dwa razy w tygodniu, by ze sobą podyskutować i poćwiczyć formułowanie myśli – mówi profesor Andrzej Janowski, pedagog, były wiceminister edukacji. Mikroszkoły w mieszkaniach to z kolei norma w krajach o najbardziej liberalnych przepisach regulujących edukację domową – w Wielkiej Brytanii, USA, Nowej Zelandii czy Australii. W Polsce z prośbą o wprowadzenie przepisów umożliwiających założenie szkoły w budynku o charakterze nieszkolnym wystąpiła do ministra edukacji narodowej grupa osób zajmujących się edukacją domową. – Nie oczekujemy od ministra odpowiedzi, tylko wprowadzenia w życie postulatu – mówi Krzysztof Olędzki, pomysłodawca akcji "Dobrowolna edukacja" polegającej na zbieraniu podpisów pod apelem o zniesienie "przymusu szkolnego".

 

Urząd szkolący

Zanim jednak ostatecznie zdecydujemy się na zabranie dziecka ze szkoły państwowej, warto się jej przyjrzeć. Mimo wysiłków urzędników i władz zdarzają się bowiem szkoły publiczne wyjątkowo dobre. Skąd się biorą? – Jak się zamykają drzwi, nauczyciel może robić z klasą, co mu się żywnie podoba. To, co dzieje się wewnątrz, tak naprawdę zależy od nauczyciela, a nie od urzędników – mówi Alina Kozińska-Bałdyga.

Zdaniem części specjalistów od edukacji szkoły państwowe powinny jednak mieć znaczenie marginalne. Niektórzy uważają nawet, że należy je całkowicie zlikwidować.

– Szkoła państwowa to urząd, który funkcjonuje na podstawie ustaw i rozporządzeń, a nauczyciele i dyrektorzy rozliczani są jak urzędnicy. Szkoły te zazwyczaj mają niewiele wspólnego z rzeczywistą nauką – mówi Krzysztof Olędzki.

– W szkołach tworzy się pięcioletnie plany rozwoju, plany mierzenia jakości, plany wynikowe nauczania poszczególnych przedmiotów, programy naprawcze, potem raporty z realizacji tych planów, ankiety, sprawozdania i protokoły spotkań. W efekcie ogromna biurokracja zrzucona na pracowników szkół znacznie utrudnia znalezienie wolnej chwili, by normalnie porozmawiać w gronie nauczycielskim o problemach uczniów – przyznaje Anna Kowalczyk, wicedyrektor publicznej Szkoły Podstawowej numer 1 w Piastowie.

Zresztą grzechów szkół publicznych jest dużo więcej: mała różnorodność zajęć, zbyt liczne klasy, narkotyki i przemoc, a także brak neutralności światopoglądowej. – Szkoła jest coraz bardziej katolicka. Na lekcjach historii o chrzcie Polski mówi się, że był to akt przyjęcia przez Polskę katolicyzmu, a nie jeden z elementów chrystianizacji Europy – mówi Jacek Poreda.

Oczywiście, wszystkie te grzechy można przypisać również placówkom niepublicznym. Tyle że szkoły prywatne czy społeczne są pod większą kontrolą rodziców. By przetrwać, muszą wykazywać się dobrym programem i efektywnością nauczania.

 

Wyobcowani fanatycy

Uczniowie małych szkół na testach kończących podstawówkę uzyskują rezultaty średnio o 0,6 punktu wyższe niż ci ze szkół samorządowych w tych samych gminach – wynika z doktoratu Macieja Jakubowskiego z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. Badania Lawrence’a Rudera, amerykańskiego statystyka, przeprowadzone w 1998 roku na ponad 20 tysiącach amerykańskich dzieci wykazały, że we wszystkich dziedzinach i na każdym poziomie uczniowie nauczani w domu byli lepsi niż ich koledzy ze szkół publicznych i prywatnych. Co czwarty ze wszystkich uczących się w domu, gdy decydował się na przejście do szkoły, trafiał co najmniej o klasę wyżej niż jego rówieśnicy. Według organizacji American College Testing Program zajmującej się przeprowadzaniem egzaminów dla absolwentów liceów średnia ocen osób uczonych w domu wynosiła 22,8, a dla wszystkich pozostałych 21 punktów.

– Gdyby nie wybór opcji homeschoolingu, nigdy w życiu nie miałabym możliwości pójścia z dzieckiem do muzeum czy na basen w powszedni dzień, gdy nie ma tłoku – mówi Bożena Bejnar-Sławow. Nauczanie domowe lub przez Internet pozwala też zaoszczędzić czas na dojazdy do szkoły czy na pilnowanie porządku podczas lekcji. W efekcie dzieci mogą więcej czasu poświęcić na naukę. Taka forma edukacji pozwala też zindywidualizować program nauczania pod kątem możliwości intelektualnych konkretnego dziecka.

Przeciwnicy edukacji domowej podnoszą argument, że ta forma nauki to pomysł chrześcijańskich fundamentalistów oskarżanych w Stanach o religijny fanatyzm. Choć rzeczywiście w Ameryce stanowią oni sporą grupę homeschoolersów i to oni zapoczątkowali ten ruch ćwierć wieku temu, wśród rodzin edukujących domowo są dziś rodziny katolickie, buddyjskie oraz niezwiązane z żadnymi ruchami religijnymi.

Poważniejszy zarzut obrońców szkolnych murów dotyczy socjalizacji. Zdaniem wielu psychologów dzieci mogą mieć w przyszłości problemy z przystosowaniem się do otoczenia. Jacek Poreda przyznaje, że jego córka Estera, gdy skończyła domową podstawówkę, postanowiła pójść do zwykłego gimnazjum, bo trochę brakowało jej rówieśników. – Czuje się w nim dobrze, ale ma też bardzo dobry stosunek do edukacji domowej – zapewnia Poreda, który mieszka z rodziną w Lędzinach, na Śląsku. – Absurdem jest twierdzenie, że osoby nauczane domowo żyją w izolacji. Często są bardzo aktywne, na przykład pracują jako wolontariusze lub należą do klubów zainteresowań – mówi Bożena Bejnar-Sławow. W Stanach dzieci edukowane przez rodziców mogą też korzystać z wybranych zajęć w szkole, do której na co dzień nie uczęszczają, na przykład z gimnastyki czy nauki tańca. Ich rodzice płacą podatki, mają więc prawo korzystać z publicznej placówki.

 

Dobra wola dyrektora

Nie wiadomo, kiedy zwolennicy nowoczesnych form uczenia dzieci znajdą uznanie polskich władz i polskich szkół. Założenie obecnie szkoły uczącej młodzież przez Internet jest niemożliwe. Urzędnicy niechętnie patrzą nawet na uczelnie internetowe dla dorosłych. – Nie wiem, czy nie będę musiał zamknąć działalności. Powiedziano mi, że moi słuchacze muszą przyjeżdżać do szkoły dwa razy w semestrze. Jak mam tego wymagać od ludzi, którzy siedzą za granicą, kilka tysięcy kilometrów stąd? – mówi Paweł Galina z Wrocławia prowadzący liceum internetowe Internauka, z którego korzystają 18-letnie matki, osoby niepełnosprawne czy więźniowie.

Wiele problemów mają też domowi edukatorzy. Nie dostają na swoje dzieci subwencji oświatowej, którą szkoły otrzymują na poszczególnych uczniów. Wielu dyrektorów o przepisie umożliwiającym edukację domową w ogóle nie wie. Najważniejszym jednak problemem jest to, że dzieci tak edukowane muszą co roku, a czasem nawet co semestr zdawać egzaminy z każdego przedmiotu. W Wielkiej Brytanii wystarczy, gdy na początku edukacji rodzice poinformują dyrektora, że wybrali taką formę nauczania. Domowi uczniowie przychodzą jedynie na egzamin kończący edukację na danym poziomie. Takie rozwiązanie, po pierwsze, umożliwia stworzenie spójnego programu wychowawczego niedzielonego na bloki, a po drugie, dzieci nie muszą nieustannie przeżywać stresów egzaminacyjnych.

W Polsce z nadmiarem egzaminów próbował walczyć Marek Budajczak. W 1995 roku wystąpił o zgodę na edukowanie w domu swoich dzieci do ówczesnego dyrektora szkoły rejonowej. Ten ją dał, ale zobowiązał dzieci do odbywania co roku egzaminów klasyfikacyjnych, mimo że w tamtym okresie nie istniał jeszcze przepis o konieczności poddawania się takim sprawdzianom. Doszło do sporu i dyrektor cofnął swoją zgodę. Budajczak nie zrezygnował. Dziś jego dorosłe dzieci Emilia i Paweł mają jedynie świadectwa ukończenia trzeciej i czwartej klasy szkoły podstawowej i nie mogą zweryfikować swojej wiedzy przed państwową komisją, a co za tym idzie, nie mogą podjąć w Polsce nauki na studiach. Budajczakowie mają jednak wyrok sądu administracyjnego, który zobowiązuje ministra edukacji do "wdrożenia procedury naprawczej". Niestety, żaden z ministrów od roku takiej procedury wszcząć nie zechciał. Mimo to pionier edukacji domowej w Polsce jest dobrej myśli i sądzi, że nigdy nie było tak dobrego klimatu, by zmieniać w tej dziedzinie polskie prawo. Przecież sztandarowym hasłem LPR jest rodzina, a edukacja domowa to nic innego jak przekazanie prawa do wychowywania dzieci rodzinie. – Nam samym już tak naprawdę nic zaszkodzić nie może – mówi Budajczak.

Według raportu Centrum Badań i Innowacji Edukacyjnych działającego przy OECD jednym ze scenariuszy rozwoju szkolnictwa jest całkowity rozpad szkoły w tradycyjnym jej rozumieniu. Według innej wizji z tegoż dokumentu w ciągu najbliższych lat w szkolnictwie nastąpi silny rozwój edukacji elektronicznej. Zdaniem profesora Andrzeja Janowskiego prognozy nigdy się w pełni nie sprawdzają, ale w części zawsze.