Najczęściej zadawane pytania
Zastrzeżenia prawne
Wskazówki dla użytkowników
Start Kontakt Mapa serwisu
1 proc. podatku dla OPP

KRS 0000148854

Federacja Inicjatyw Oświatowych
ma status
organizacji pożytku publicznego (OPP).
Pomóż nam ratować i wspierać
małe wiejskie szkoły -
przekaż FIO 1 procent podatku.

Nasze konto:
93 1020 1026 0000 1502 0382 2558

Należymy do:

Forum Aktywizacji Obszarów Wiejskich Federacja Organizacji Służebnych MAZOWIA Ogólnopolska Federacja Organizacji Pozarządowych

 

Rodzice wchodzą do szkoły

Gość Niedzielny, 10 lutego 2006

W Krzywośnitach rodzice płacą rocznie na szkołę 1 zł – tylko dlatego, że wójtowi nie podobało się, że niepubliczna szkoła jest za darmo. Szkół, w których rodzice wzięli sprawy nauczania dzieci we własne ręce, jest w Polsce już prawie trzysta.
Gość Niedzielny - zrzut ekranu
 

W Krzywośnitach rodzice płacą rocznie na szkołę 1 zł – tylko dlatego, że wójtowi nie podobało się, że niepubliczna szkoła jest za darmo. Szkół, w których rodzice wzięli sprawy nauczania dzieci we własne ręce, jest w Polsce już prawie trzysta. Kilkuosobowe klasy, przyjemna atmosfera, angielski od zerówki, komputery, słodkie bułki z herbatą na długiej przerwie... To nie jest opis drogiej, prywatnej szkoły, ale podstawówki w Krzywośnitach na Mazowszu, uratowanej przez rodziców od likwidacji.

Wójt od początku był przeciwny powstaniu nowej szkoły. W 2002 r. podstawówka, służąca trzem wsiom, miała zostać zlikwidowana, bo była mała i nieefektywna. Rodzice chcieli ją przejąć i sami prowadzić. Powołali Stowarzyszenie na Rzecz Rozwoju Wsi Krzywośnity, ale wójt był nieprzejednany. Poszli więc do interwencyjnego programu Elżbiety Jaworowicz, a kiedy i to nie pomogło, zrobili blokadę wsi. Teraz w sześciu klasach podstawówki uczy się sześćdziesięcioro dzieci, a kolejne – z dalszych wsi – już się zgłaszają.

Stowarzyszenie zorganizowało dla nich darmowy dowóz do szkoły. Szkoła radzi sobie coraz lepiej, także finansowo. Rodzice dbają o porządek, przychodzą narąbać drewna na zimę i co tydzień jadą do Siedlec po artykuły sportowe, ubrania, buty, które szkoła dostaje od Fundacji Brata Alberta. Fundacja podarowała też ławki, stoliki, sprzęt sportowy, a dzięki współpracy z Bankiem Żywności szkoła wspomaga potrzebujących we wsi. Rodzice pomagali, kiedy remontowano klasy, wymieniano okna, odnawiano łazienki.

– Chwalimy sobie, że nie ma dodatkowych składek, a dzieci są dopilnowane. I atmosfera jest bardzo dobra. Mają te dzieci jak u Pana Boga za piecem – mówi Andrzej Hornowski, prezes stowarzyszenia i ojciec trojga uczniów.

 

Rewolucja na wsi

Alina Kozińska-Bałdyga z Federacji Inicjatyw Oświatowych uważa, że jednoczenie się wiejskich społeczności, by ratować szkoły jest początkiem oddolnej reformy w oświacie. Oto rodzice wreszcie poczuli, że mają wpływ na kształcenie swoich dzieci: na to, w jakiej szkole się uczą, czego i u jakich nauczycieli. Chcą szkole pomagać, ale i od niej wymagać. Chętnie stają się jej gospodarzami, a nie tylko – jak w szkołach prywatnych – sponsorami.

Może małe, wiejskie szkoły są właśnie tym modelem, do którego inne powinny dążyć. Dobrze i po gospodarsku zarządzane, z domową atmosferą, na każdym kroku współpracujące z rodzicami, z niewielkimi klasami i nauczaniem prawie w indywidualnym trybie. Rodzice, zachęceni sukcesem szkół, przymierzają się do otwierania we wsiach miniprzedszkoli, które działają kilka dni w tygodniu przez kilka godzin. Z pomocą idzie Fundacja Komeńskiego i fundusze unijne, dzięki którym działają już 44 tego typu placówki. I tak jak w przypadku szkół, przedsięwzięcie nie udałoby się bez pomocy rodziców. To oni, wraz z zatrudnioną jedną nauczycielką, na zmianę opiekują się dziećmi.

 

Przejąć nie jest łatwo

Na mapach wiszących w biurze Federacji Inicjatyw Oświatowych zaznaczono wsie, w których rodzice walczą o szkoły. Federacja szacuje, że rachunek ekonomiczny i niż demograficzny mogą doprowadzić w najbliższym czasie do likwidacji 5 tys. wiejskich szkół. Szkoła w Ratczach zajmuje część nowego budynku. Oprócz niej mieszczą się tam jeszcze biblioteka, Ochotnicza Straż Pożarna, dwa koła gospodyń wiejskich. Istnienie szkoły wisi na włosku, bo to właśnie na nią spadły koszty ogrzewania całego budynku. O szkołę walczy miejscowe stowarzyszenie, na którego czele stoi ks. Zbigniew Grzymała. Już w tym roku zamiast na wyposażenie pracowni komputerowej stowarzyszenie wydało pieniądze na olej opałowy. „Co będzie dalej?” – martwi się ksiądz. Ale mieszkańcy są zdesperowani. Przypominają wójtowi, że to oni w czynie społecznym wybudowali budynek, a zaledwie kilka tygodni temu sami malowali szkolne klasy.

 

Rękami rodziców

Jak to się dzieje, że małe, wiejskie szkółki, które były kulą u nogi samorządów, pod rządami rodziców rozkwitają?

– Najważniejsza jest determinacja rodziców, którzy wierzą, że utrzymanie nawet najmniejszej szkoły „opłaca się”. Stowarzyszenia założone przez mieszkańców wsi prowadzą dwustuosobowe szkoły, ale i takie – jak w dwóch łemkowskich wsiach – do których chodzi po troje dzieci – tłumaczy Kozińska-Bałdyga.

W liczącym niecały tysiąc mieszkańców Suchaczu, wsi położonej kilkanaście kilometrów od Elbląga, po ciężkich bojach w ubiegłym roku rodzice przejęli szkołę sześć dni przed rozpoczęciem roku szkolnego. – Żeby ją wyszykować, pracowaliśmy wszyscy: rodzice, nauczyciele i ksiądz. Inni zobaczyli, jak ksiądz macha pędzlem i też przyszli pomóc – mówi jedna z mam.

Do pomocy ruszyło Koło Gospodyń Wiejskich i Koło Emerytów i Rencistów. Nadleśnictwo dało opał, inni podarowali ławki, dziesięć stanowisk komputerowych, a firma likwidująca stołówkę przekazała szkole cały sprzęt kuchenny wartości 50 tys. zł. Przez pierwsze miesiące nauczyciele pracowali za darmo, bo gmina zasłaniała się przepisami i opóźniała wypłatę subwencji oświatowej. Umowy o pracę podpisali dopiero w styczniu.

Z kolei szkołę w maleńkiej lubelskiej wsi Zaświatycze uratowało... 12 tys. litrów oleju opałowego, które podarował jej jeden z byłych mieszkańców.

– Początki były ciężkie, ale wiedzieliśmy, że jeśli nie weźmiemy się do roboty, skończy się nam szkoła – mówi Stanisław Szmidt, prezes lokalnego stowarzyszenia, które przejęło placówkę. Na początku sale sprzątali nauczyciele, ksiądz uczył religii bez wynagrodzenia. W dwóch klasach było tylko po jednym uczniu. Rodzice własnymi rękami zrobili remont generalny budynku. Po sześciu latach zaciskania pasa udało się podwoić liczbę uczniów, dzięki dobrze napisanym programom szkoła dostaje pieniądze m.in. z unijnych funduszy. Placówka ma czterokrotnie lepszy wskaźnik skomputeryzowania niż średnia w Unii Europejskiej: w Zaświatyczach jeden komputer przypada na 3 uczniów!

 

Nie liczą na kokosy

Szkoła w Strzyżewiu, przejęta przez lokalne stowarzyszenie, do której uczęszcza 44 dzieci, dostaje rocznie 171 tys. zł subwencji. Nauczyciele wiedzą, że nie mogą liczyć na kokosy. Ponieważ w szkołach niepublicznych nie obwiązuje Karta Nauczyciela, nauczycielskie pensje można rzeczywiście uzależnić od wkładu pracy i liczby uczniów, a nie od stopnia awansu zawodowego. Najczęściej pensje są niższe: dyrektorka szkoły w Suchaczu zarabia 1400 zł, a nauczyciel stażysta – 860 zł. Chociaż już w Zaświatyczach nauczycielskie pensje przegoniły te ze szkół publicznych. Nie ma dodatków ani innych gratyfikacji. Nie wszyscy są zatrudnieni na etatach, część pracuje na umowę zlecenie, a tzw. pensum, czyli obowiązkowa liczba godzin nauczania, jest wyższe niż w szkołach publicznych. Mimo tego chętnych do pracy nie brakuje. – A jak urządzamy jasełka czy jakąś inną uroczystość po południu, nauczyciele są w komplecie. Nikt nie mówi o nadgodzinach. W tej szkole jest zupełnie inna atmosfera – mówi nauczycielka Dorota Chamczyk, która jest równocześnie prezesem Stowarzyszenia Miłośników Suchacza i Okolicy, prowadzącego szkołę.

 

Bank, siłownia, komputery...

Mieszkańcy bronią szkoły, bo najczęściej jest ona jedynym ośrodkiem kultury we wsi. „Jeśli nie szkoła, to zostanie tylko przystanek PKS i sklep z piwem” – mówią rodzice. Stowarzyszenia, które przejęły upadające szkoły, starają się, żeby służyły one także innym mieszkańcom wsi: urządzają „białe niedziele”, popołudniami organizują kursy dla rolników, kursy komputerowe... Przy małej szkole w Korzeczniku popołudniami działa Technikum Rolnicze dla Dorosłych. W szkole w Studziankach Pancernych do południa uczy się 28 dzieci i 8 przedszkolaków, a wieczorem – 254 dorosłych w LO. Do szkoły we wsi Ratcze raz w tygodniu „przyjeżdża bank” – mieszkańcy załatwiają płatności i inne sprawy bankowe na miejscu i nie muszą jechać 12 kilometrów do najbliższego banku. Rodzice myślą też o otwarciu punktu medycznego.

Szkoła w Zaświatyczach jest otwarta siedem dni w tygodniu: popołudniami i w weekendy wszyscy mogą przyjść na siłownię, minisalę gimnastyczną i do pracowni komputerowej. – To jedyna tak dobrze wyposażona placówka na terenie całej gminy – podkreśla Stanisław Szmidt.

Stowarzyszenia otwierają we wsiach sklepy, kluby, schroniska turystyczne, organizują wypoczynek dzieci, produkują pomoce szkolne… – Jeszcze niedawno ludzie na wsi nie wierzyli, że prosty chłop albo gospodyni domowa mogą coś wspólnie zdziałać. Dzisiaj ich stowarzyszenia to najbardziej prężne organizacje samopomocowe – ocenia Alina Kozińska-Bałdyga.

 

SPRZYMIERZEŃCY

Prof. Michał Seweryński, minister edukacji i nauki:

– Rodzice mają niezaprzeczalne, święte prawo do wychowania swoich dzieci i powinni mieć wpływ także na program nauczania. Kiedy będziemy tworzyli nową podstawę programową czy wprowadzali zmiany, zapytamy o zdanie rodziców. Zdrowy rozsądek nakazuje mieć w rodzicach sprzymierzeńców. Martwić należy się tym, że część rodziców zrzuca na szkołę obowiązek wychowawczy. Będziemy jednak przeciwstawiać się oddawaniu prowadzenia szkół instytucjom pozasamorządowym czy stowarzyszeniom, które miałyby wynaturzyć zadania szkoły, traktować je jako źródło zysku.

Zamykanie szkół to wciąż poważny problem, zwłaszcza na terenach wiejskich. Tam szkoła jest także ważnym ośrodkiem kulturotwórczym. Samorządy zwykle chcą więcej pieniędzy na edukację. Zwłaszcza w dużych miastach zwracają uwagę na większe potrzeby wynikające z tego, że młodzież z gmin podmiejskich uczy się w gimnazjach i liceach na ich terenie.

Bon edukacyjny to jedna z koncepcji, o której można dyskutować. Tylko że bon ma sens wtedy, gdy dzieci migrują, albo dla studentów, którzy wybierają sobie uczelnię w odległych ośrodkach. Jeżeli uczą się w swojej gminie, to po co im bon edukacyjny?