Najczęściej zadawane pytania
Zastrzeżenia prawne
Wskazówki dla użytkowników
Start Kontakt Mapa serwisu
1,5 proc. podatku dla OPP

KRS 0000148854

Federacja Inicjatyw Oświatowych
ma status
organizacji pożytku publicznego (OPP).
Pomóż nam ratować i wspierać
małe wiejskie szkoły -
przekaż FIO 1,5 procenta podatku.

Nasze konto:
93 1020 1026 0000 1502 0382 2558

Należymy do:

Forum Aktywizacji Obszarów Wiejskich Federacja Organizacji Służebnych MAZOWIA Ogólnopolska Federacja Organizacji Pozarządowych

Raport: W przedszkolach nie jest źle
niedziela, 21 marca 2010 17:08

Źródło: polityka.pl. Autorka: Martyna Bunda

Rzecz biorąc w liczbach, wygląda to na rewolucję. W ciągu trzech lat podwoiła się grupa dzieci chodzących do przedszkola. Rekord padł w 2009 r. w Warszawie. Według danych miejskiego biura edukacji, tylko 3 proc. dzieci w stolicy nie chodziło do przedszkoli. Inne duże miasta niewiele pozostają w tyle: 85 proc. maluchów w przedszkolach. Na wsiach, gdzie przed paru laty przedszkoli prawie nie było, teraz chodzi do nich już prawie 40 proc. dzieci 3–5-letnich. (fot. przedszkole w Siennie)
przedszkole w Siennie
 

Przedszkola dla rodziców

Średnia dla całej Polski jest dwa razy lepsza niż w 2006 r.: już 70 proc.! A ma być jeszcze więcej. Rząd wpisał w najważniejsze plany, żeby do 2020 r. do przedszkoli chodziło aż 80 proc. dzieci 5-letnich i młodszych. Szef zespołu doradców premiera Michał Boni obiecuje z tym zdążyć już do 2015 r.

Argumentem za taką rewolucją są błogosławione skutki posyłania dzieci do przedszkoli. Przy okazji cytuje się zwykle obficie badania psychologów. Ale pewnie bardziej idzie w tym o ekonomię: sześciolatki muszą pójść do szkół, bo w dobie sypiącego się systemu emerytur coraz większe znaczenie ma ten jeden rok, który już jako dorośli przepracują, płacąc składki, nim sami pójdą na emerytury. Posłanie do szkoły dzieci o rok wcześniej to jednak ryzykowny eksperyment. Dlatego dla kolejnych roczników dzieci dobre przedszkole będzie jeszcze ważniejsze niż dla tych poprzednich.

Jednak nie każde przedszkole edukuje, rozwija, wyrównuje szanse. Nie każde daje się lubić. Brytyjczycy włożyli wiele czasu i pieniędzy w próbę odpowiedzi na pytanie, jakie przedszkole jest naprawdę dobre. A więc: próba ponad 3 tys. dzieci, profesorowie z uniwersytetów w Oxfordzie, Londynie i Nottingham. Wyniki mało zaskakujące, za to bardzo rozsądne: przedszkole jest dobre, skuteczne w edukacji i lubiane przez dzieci pod trzema warunkami:

  • Po pierwsze, pracujące tam osoby muszą nawiązać autentyczną więź z każdym z dzieci.
  • Po drugie, potrzebny jest dobry program kładący nacisk na rozwój intelektualny i społeczny dziecka w podobnych proporcjach.
  • Po trzecie, przedszkole musi być otwarte na i dla rodziców, którzy mają się tam czuć członkami wspólnoty.

Polscy rodzice nadzwyczaj łatwo dali się przekonać do idei edukacji przedszkolnej swoich dzieci. I to jest wielka mentalna zmiana.

Tyle tylko, że kryteria, jakimi kierują się rodzice, wybierając placówkę, są dość przypadkowe. Po pierwsze, liczy się dostępność i cena.

 

Państwowe

Dla większości rodziców przedszkolem pierwszego wyboru jest więc to najbliższe, państwowe. Jest ich też najwięcej: 6,7 tys. dla 770 tys. dzieci (plus ta osobna specyficzna kategoria: 9 tys. oddziałów przedszkolnych dla sześciolatków w szkołach). Finansują je, a zwykle i prowadzą, samorządy.

Rodzice, wychowani na obowiązkowym leżakowaniu na lewym boczku w bezruchu, przychodząc na dzień otwarty do takiego przedszkola, są wielce zaskoczeni: odremontowane sale, tęcze czy misie na ścianach. A na dziecięcych mebelkach tony wielobarwnego plastiku, co jednak większości się podoba. I panie przedszkolanki, zapewniające, że nikt już dziecka nie zmusza do spania. Co najwyżej zachęca muzyką relaksacyjną, ale zawsze można też pośpiewać kołysankę albo poczytać książeczkę. Na widocznym miejscu obowiązkowo wiszą „Prawa dziecka”. Wręcz nietaktem byłoby pytać tutaj o kary cielesne.

W dodatku to jest najtańsza forma opieki: od 250 zł miesięcznie na Mazurach, przez około 350 zł w Warszawie, po 450 zł w Szczecinie – czyli od trzech do nawet dziesięciu razy mniej niż w prywatnym i około pięć razy mniej niż za przypadkową często opiekunkę. Plus zajęcia dodatkowe: taniec, rysunek, języki.

Szanse

W publicznym przedszkolu rodzic ma pewność, że oddaje dziecko pedagogom ze specjalizacją, którzy będą realizować program przygotowany przez autentycznych fachowców od rozwoju. Będzie więc dziecięca matematyka (jak wynika z badań autorki programu prof. Edyty Gruszczyk-Kolczyńskiej, 90 proc. jego uczestników nie ma potem w szkole problemów z dużą matematyką, a 50 proc. uchodzi za talenty w tej dziedzinie) i przeróżne zabawy – ćwiczenia rozwijające zdolności manualne oraz wyobraźnię. Powinien być codzienny spacer – bo i to zostało wpisane w podstawę programową. Zwykle jest własny plac zabaw, zaprojektowany za pieniądze unijne.

Zagrożenia

Problemem największym jest dostanie się do upatrzonego przedszkola. Co roku kilkudziesięciu tysiącom dzieci się nie udaje. Pierwszeństwo mają sześcio- i pięciolatki, potem dzieci rodziców niepełnosprawnych i samotnych – pracujących, dopiero potem cała reszta. Zapisać dwójkę dzieci pod jednym adresem to wygrana na loterii. A jeśli rodzice są małżeństwem – już prawie niemożliwe.

Gdy się uda, być może niejeden rodzic skonstatuje, że dwadzieścioro pięcioro z jedną panią to trochę za dużo. A czasem i trzydzieścioro, bo samorządy, odpowiedzialne za zapewnienie dostępu do przedszkoli, wprowadzają skomplikowane przeliczniki i upychają w klasach więcej, niż przewiduje ustawa, wychodząc z założenia, że maluchy i tak chorują, więc nie wszystkie będą przychodziły.

Miejsc brakuje, samorządy radzą więc sobie, jak mogą. W Szczecinie większość osobnych sal do rytmiki czy zabaw pozamieniano na dodatkowe klasy, więc dzieci śpią i bawią się w jednej. W Warszawie przedszkola się rozbudowują, już około 10 proc. liczy po prawie 300 dzieci – tyle, ile średniej wielkości podstawówka.

Rodzice, którzy wywalczyli miejsce różnymi sposobami (począwszy od udawania samotnych), zwykle nie mają potem odwagi wychylać się z krytyką, za to łatwo tracą zaufanie do przedszkola. Rajstopki na lewą stronę? Widać personel zostawił dziecko samo sobie, nie zajmuje się nim – wnioskują. Choć przecież samodzielne ubieranie się to jedna z umiejętności, którą przedszkolak ma opanować wedle założeń programowych. Ta nieufność, podejrzliwość, przekłada się na gorsze kontakty z przedszkolem lub ich brak. Dyrektorzy narzekają więc potem, że większość rodziców jest czepialska i napastliwa.

Polska jest też jednym z nielicznych europejskich krajów, gdzie przedszkola, nawet te prywatne, wciąż trzymają się sztywnych podziałów na grupy według wieku. Trzylatki spędzają czas osobno, czterolatki osobno. Tymczasem ze wszystkich badań wynika, że dzieci rozwijają się lepiej i szybciej w grupach mieszanych. Indywidualne różnice w tym, co dzieci potrafią, i tak sięgają nawet kilku lat, więc w grupie młodsze gonią starsze w umiejętnościach, starsze rozwijają się społecznie, opiekując się młodszymi, a żadne nie czują się gorsze i inne. Tak też funkcjonują przedszkola niemieckie, brytyjskie, norweskie, holenderskie. Polskie – nie.

 

Prywatne

Ci, którzy nie zmieszczą się w państwowym, zasilają sektor prywatny. Podobnie jak ci, którzy w ogóle nie biorą pod uwagę państwowego. Dużych prywatnych przedszkoli jest w Polsce 1,7 tys. dla 120 tys. dzieci. W ciągu ostatnich dwóch lat, odkąd w życie weszła ustawa pozwalająca w miarę łatwo otwierać niewielkie przedszkola, powstało jeszcze około 400 takich placówek. Plus setki, a pewnie i tysiące tych zarejestrowanych jako „działalność gospodarcza – opieka nad dziećmi”.

Prywatne przedszkola są drogie. W dużych miastach kosztują miesięcznie od 1,2 do 2 tys. zł, plus jednorazowe wpisowe od kilkuset do kilku tysięcy złotych, ale cena tych najdroższych może nawet sięgać 4 tys. miesięcznie (jak w Warszawie w językowym przedszkolu kanadyjskim). W mniejszych miastach płaci się średnio około 700 zł – 1 tys. zł, wpisowe jest odpowiednio niższe.

Szanse

W prywatnym jedna opiekunka przypada zwykle na kilkoro, góra kilkanaścioro dzieci. I to jest wielka przewaga prywatnych nad publicznymi. Ci, którzy mają płacić więcej, zwykle oczekują czegoś szczególnego, a przedszkole stara się ich przekonać, że właśnie to znaleźli, oferta jest więc bardzo różnorodna. Modne zrobiły się przedszkola według koncepcji Marii Montessori, gdzie zabawka ma rację bytu jedynie, jeśli uczy, mnożą się placówki działające pod tym szyldem, a w nich, zamiast stosów kolorowego plastiku, zabawki edukacyjne. Często drewniane i drogie. Modna jest nauka języków według szkoły Helen Doron? Ruszają i takie. Coś dla dziecka wegetariańskiego? Bez problemu. Wychowywanego w kulturze żydowskiej? Są i te. Placówki działające w oficjalnym obiegu – czyli przedszkola albo tak zwane alternatywne formy – muszą jednocześnie realizować program napisany w Ministerstwie Edukacji i podlegają takiej samej jak państwowe kontroli. Muszą zatrudniać pedagogów przedszkolnych.

Zagrożenia

"Działalność gospodarcza" kontroli ministerstwa nie podlega. A to też legalna forma przedszkola, tyle że nikt do końca nie zna zasad, na jakich powinna działać. W jednych więc miastach sanepid zamyka wszystko, w innych w ogóle odmawia kontroli – nic im do prywatnej działalności. Jedyną instytucją, która może i próbuje te przedszkola kontrolować, jest rzecznik praw dziecka; problem tylko w tym, że ludzie rzecznika musieliby pojawić się osobiście w kilku tysiącach przedszkoli i klubików. Poza tym – rządzi rynek, więc w Warszawie, Krakowie i Łodzi powstały już przedszkola całodobowe, gdzie można dziecko podrzucić jednorazowo albo wykupić abonament – 10 nocy za 1 tys. zł.

Nie ma przepisów, które regulowałyby, na jak długo można gdzieś oddać dziecko. W Warszawie mały rekordzista przemieszkał w przedszkolu tydzień. W dodatku obniża się wiek dzieci, które trafiają w takie miejsca. Zapełnia się luka powstała na rynku żłobków i opiekunek. Do żadnego z 500 publicznych żłobków nie sposób się dostać. Rodzice zapisują tam dziecko tuż po uzyskaniu dla niego numeru PESEL, a potem czekają na wolne miejsce – do skutku. Średnio dziecko spędza tam więc tylko 78 dni, a potem, z racji wieku, musi już iść do przedszkola.

Z kolei na opiekunkę stać jedynie około 2 proc. rodziców, wynika z danych Ministerstwa Pracy. To wariant najdroższy: w Warszawie trudno znaleźć kogoś za mniej niż 2 tys. zł, w dodatku jedyną formą kontroli będzie kamera wystająca z szafy. Zostaje więc przedszkole prywatne. I praktyka: roczny dzieciak siedzący w średniej jakości przedszkolu codziennie po 10 godzin. Za to do warszawskiego świetnego przedszkola Montessori, gdzie grupy są różnowiekowe i niewielkie i gdzie młodsze dziecko może spędzać nie więcej niż 5 godzin, bo więcej nie powinno, rodzice się nie garną. Obrażają się nawet: przecież pracują, płacą, a więc życzą sobie móc w spokoju dojechać z biura.

 

Zakładowe

Sposobem na to, by zaoszczędzić trochę czasu na dojazdach, jest mieć dziecko pod ręką, koło biura. Coraz częściej udaje się umieścić dziecko w przedszkolu przyzakładowym. Jest ich już kilkadziesiąt w całej Polsce, większość powstała za pieniądze unijne. I powstają dalej: w zeszłym roku kolejnych 51 firm złożyło wnioski o sfinansowanie takiej inwestycji z funduszy.

Za – są zwłaszcza rodzice. Z badań Wolters Kluwer Polska, Serwisu HR, firmy Femmeritum i serwisu internetowego GoldenLine wynika, że aż 89 proc. pracowników chciałoby dla swoich dzieci takiego przedszkola, wierząc, że w ten sposób więcej czasu będą spędzać z dzieckiem.

Szanse

Podobne jak w przedszkolu prywatnym, a może i większe. Zwykle to rodzice decydują, jak takie przedszkole będzie działać, jaka metoda pracy z dzieckiem im się podoba. Być może za takie przedszkole rodzice będą się czuli bardziej odpowiedzialni. Możliwe, że będą się w nim czuli swobodnie, zwłaszcza jeśli sami przyczynili się do jego uruchomienia. Jak w tych brytyjskich badaniach – jest szansa na ideał.

Zagrożenia

Wiele firm ma siedziby w dusznych centrach miast, bez szans na skrawek zieleni i sensowny spacer. Małe dziecko spędzi wiele godzin w korku w samochodzie albo autobusie.

 

Prospołeczne

Naprawdę dobre przedszkola powstają dziś na wsi. Jesteśmy świadkami podobnego procesu, jaki już przebiegał w Polsce dwie dekady temu, tyle że teraz ma on skalę bardziej masową. Wówczas w dużych miastach wyrosło kilkadziesiąt doskonałych liceów społecznych, zakładanych przez pasjonatów, zwykle dla ich własnych dzieci. Teraz, zwykle za pieniądze unijne, w podobnych okolicznościach otwierają się przedszkola. Fundacja Komeńskiego, Federacja Inicjatyw Oświatowych, kilka pomniejszych fundacji, trochę gmin i prywatnych osób stworzyło ponad tysiąc przedszkoli.

W ciągu ostatnich dwóch lat otwarto ich ponad 800! Działają niekoniecznie codziennie, nie zawsze przez pełne 8 godzin, wszystko zależy od lokalnych potrzeb. Chodzi nie tyle o zapewnienie opieki na czas pracy rodziców, co o rozwój dzieci. Filozofia przedszkoli zakłada obowiązkowe włączanie rodziców: to oni pomagają przygotować sale, wspierają nauczycielkę w opiece, dyżurują z dziećmi, współprowadzą zabawy. Powinien przychodzić chociaż jeden rodzic, w praktyce często zjawia się kilkoro.

Szanse

Tym razem na przykładzie. Studzianki, maleńka wieś pod Łomżą, kilkadziesiąt domów i wysypisko śmieci. Oraz ośrodek przedszkolny na piętnaścioro maluchów. Jeden z adeptów zapatrzył się na zegar i zaczął głośno się zastanawiać, jak to się dzieje, że wskazówki się poruszają. Dzieci dostały więc jeden zegarek do rozebrania, żeby same sprawdziły, co jest w środku. Bardzo się ekscytowały. Potem zaczęły tworzyć zbiory (przygotowując się do opanowania matematyki): osobno przyniesione z domu zegarki na rękę, osobno na ścianę. Wreszcie ważyć i mierzyć zegarki, dokonując zadziwiających odkryć z dziedziny praw fizyki: nie zawsze to, co jest największe, jest także najcięższe.

Od pytania, po co są zegary, poszło do odpytywania rodziców i dziadków, kim byli kiedyś, a z tego płynnie do rozważań o tym, kim będą w przyszłości dzieci. Nauczycielka prowadziła tę grupę metodą projektu. Pretekstem może być zegar, ale też np. padłe zwierzę, leżące na trasie codziennych spacerów, które stopniowo zmienia się w szkielet, piasek w piaskownicy, który trzeba zważyć i zmierzyć. Codziennie coś się dzieje. Rzecz opiera się na obserwacji, że dzieci lepiej odkrywają świat, szybciej się uczą, gdy im pozwolić stawiać własne hipotezy i jedynie podążać za ich ciekawością. Nie każdy miejski przedszkolny nauczyciel wie, o co w pracy metodą projektu chodzi – choć powinien. W Studziankach projekt z zegarami trwał tak długo, jak długo temat niósł, potem zaczęli odkrywać coś innego.

Zagrożenia

Część nowoczesnych doskonałych przeszkoli z czasem może wpadać w stare koleiny. W jednej z miejscowości Podkarpacia, gdy już wyjechali stamtąd pedagodzy z fundacji, samorząd zakazał nauczycielom wpuszczać do przedszkola rodziców z obawy przed sanepidem. Bo sanepid upierał się, że rodzic obecny w przedszkolu musi mieć podstemplowaną książeczkę zdrowia i aktualne badania WR.

W dodatku w 2010 r. kończy się finansowanie z pieniędzy unijnych sporej liczby tych przedszkoli, rok później skończą się pieniądze na większość z tych dotąd działających. Unia zapłaciła za przystosowanie lokali, przeszkolenie kadry, a także pierwsze lata działania, ale dalej rzecz muszą pociągnąć samorządy, pod rygorem zwrotu tych pieniędzy. A samorządy na dzieci w przedszkolach nie dostają żadnych subwencji od państwa. W równie małej jak Studzianki miejscowości B., gdy skończyły się pieniądze z Unii, przedszkole zamknięto, a wójt nie zdawał sobie sprawy z faktu, że trzeba będzie coś zwrócić.

No i ten detal: mimo ogromnych pieniędzy zainwestowanych przez Unię wciąż więcej niż co drugie dziecko na wsi nie ma dostępu do przedszkola.

 

Szanse

Wybór: przedszkole czy nie, już się dokonał. Kłopot jednak, że za tym zbiorowym entuzjazmem dla przedszkoli kryje się powszechne przyzwolenie, żeby zdejmowały one obowiązki wychowawcze z rodziców. Dawne instytucje opieki, do których rodzice prowadzili dzieci pełni wyrzutów sumienia, awansowały teraz do roli instytucji opiekuńczych, do których rodzice prowadzą dzieci tylko dla ich dobra. Rodzice obrażają się więc, gdy przedszkole prosi, żeby przez pierwszych kilka tygodni byli pod ręką, odbierali dziecko wcześniej – przedszkole ma rozumieć, że oni pracują.

Nauczyciele z kolei często nie mają zamiaru naginać się do innych stylów życia, bo przecież to oni są w tej konfiguracji specjalistami od dzieci. Jak dyrektorka jednego z przedszkoli w Pruszczu Gdańskim, która złożyła doniesienie na policję na rodziców, bo wychowywali dziecko na diecie wegetariańskiej, buntowali się, gdy wbrew ich woli dziecko było posyłane na religię, w dodatku pozwolili w gorący dzień przyjść do przedszkola w kaloszach; dziecko się uparło, a oni uznali, że najlepiej będzie, gdy samo się przekona, że popełniło błąd, niż gdy zdejmą mu te kalosze siłą.

– To rodzic jest odpowiedzialny za dziecko i to on wybiera sposób, w jaki je będzie wychowywać. Przedszkole dziecka jest również jego przedszkolem – mówi Teresa Ogrodzińska z Fundacji Komeńskiego. Żeby to mogło się stać, trzeba przedszkola odinstytucjonalizować. Przywrócić im właściwy status placówki edukacyjnej wspierającej rodziny. Czy się uda, zależy przede wszystkim od samych rodziców. Polacy nie mają specjalnie wysokich kompetencji rodzicielskich. Niewielu wie, w co się bawić z dwulatkiem, na co zwracać uwagę, bo i niewiele jest miejsc, gdzie można się tego nauczyć. Ale w większości chcą: – Na warsztatach organizowanych przez Fundację Komeńskiego nawet w najmniejszych wsiach zawsze jest nadkomplet – mówi Teresa Ogrodzińska. – Rodzice z entuzjazmem zakasują rękawy, by wraz z dzieciakami malować farbami, mają pytania, własne pomysły, spotkanie zwykle się przedłuża. Podobne spotkania coraz częściej organizują kawiarnie, kluboksięgarnie, same przedszkola. W telewizjach pojawiły się świetne programy o wychowywaniu. I jest w tym jakaś nadzieja.

 

Zagrożenia

Tyle że prócz jasno sprecyzowanych oczekiwań rodziców potrzebna jest jeszcze właściwa polityka. Państwo przekonuje, że dba o rozwój dzieci, nowy rząd lubi się chwalić liczbami dotyczącymi przedszkoli. Oraz projektem ustawy, wciąż jeszcze leżącej w Ministerstwie Pracy, który w nazwie ma "Solidarność pokoleń – działania na rzecz wzrostu liczby dzieci w Polsce".

W ustawie jest mowa o ułatwieniach w otwieraniu żłobków, o wydobyciu ich wreszcie spod gestii Ministerstwa Zdrowia i rezygnacji z absurdalnych obostrzeń, które dziś żłobków dotyczą, a projektowane były z myślą o szpitalach. Jest pomysł na "dzienną mamę" czy "dziennego tatę", którzy po trwającym 20 dni przeszkoleniu będą mogli zaopiekować się we własnym domu jeszcze małą grupką dzieci – prócz swoich. I gest w stronę tych, co zechcą zatrudnić nianię do pomocy: możliwość wpisania sobie w koszta uzyskania dochodu składek, które za nią zapłacą (podobne przepisy istniały już w 2006 r., ale wówczas zdecydowało się tylko 200 rodzin).

Sprawy finansowania nowych miejsc dla dzieci w projekcie ministerstwa zostają po staremu. Część rodziców odda więc dziecko do gminnego żłobka, dla którego po trzech latach skończy się unijne finansowanie. Część do droższego, prywatnego; do niejednej pensji trzeba będzie dorobić, a brak czasu nie idzie w parze z rolą dobrego rodzica. Część wybierze bezpłatny urlop wychowawczy; co roku taką decyzję podejmuje 30 proc. matek z wyższym wykształceniem i 70 proc. tych bez, a spory odsetek z nich wypadnie na długo z rynku pracy. Chyba że – wbrew nowej polityce państwa – babci uda się dostać wcześniejszą emeryturę.

A z kalkulacją w skali mikro będzie tak jak dotąd: nawet wysiłkiem finansowym dwóch pokoleń trudno wychować więcej niż jedno dziecko.